czwartek, 19 kwietnia 2012

Fandom, fandomem, o fandomie!

Polski fandom fantastyczny jest jedną z niewielu społeczności, jakie lubię jako całość. Głównie dlatego, że mam z fandomem–zbiorowością kontakt o wiele rzadszy, niż z bardzo sensownymi jednostkami, jakimi są moi znajomi i przyjaciele.

O zgrozo, ostatnio zorientowałam się, ile fandomowi zawdzięczam. Gdyby nie Zielona Wieża, portal fantastyczno – rpgowy i zarazem moje pierwsze „poważne” miejsce w Sieci, nie nauczyłabym się pisać recenzji, a to przecież umiejętność, która zaprowadziła mnie dość daleko i na dodatek jeszcze ze mną nie skończyła. Przy okazji, Wieża była środowiskiem, które nauczyło mnie jeszcze jednej ważnej rzeczy: trzeba trochę powalczyć, żeby postawić na swoim.

Z fantastyką jestem związana. Pogodziłam się z tym faktem i już się nawet nie dziwię, kiedy do mnie dociera, że fantasy plącze mi się po życiorysie jak matka Madzi z Sosnowca w zeznaniach. Recenzje, teksty literackie, redakcja, ba, nawet mój związek zaczął się od wspomnianej już Wieży. Większość moich przyjaciół to aktywni działacze fandomu, recenzenci i/lub autorzy. I, tak naprawdę, jedyni ludzie co do których jestem stuprocentowo pewna, że rozumieją, co do nich mówię, szczególnie kiedy już zaczynam rzucać nawiązaniami literacko-filmowo-serialowymi.

Ale w sumie, dlaczego lubię fandom?
Nie jestem członkiem żadnego stowarzyszenia, grupy czy klubu, który by się fantastyką zajmował. Z wrocławskimi fantastami nie mam kontaktu, chyba, że są z Zielonej Wieży lub Alchemii (tak, drodzy potterowcy, podciągam was tu pod fantastykę!), ewentualnie jeśli na kogoś regularnie wpadam na konwentach. Z plotkami niby jestem na bieżąco, ale to plotki z drugiej ręki, bo w centrum wydarzeń nie jestem nigdy. I w sumie bardzo dobrze – bo gdybym była bardzo aktywnym członkiem fandomu, prawdopodobnie bym ich wszystkich szybko znielubiła.

Najważniejszą korzyścią, jeśli chodzi o polski fandom fantastyczny, są dla mnie konwenty. Może nie jeżdżę na wszystkie, nie pojawiam się na zlotach zaproszeniowych i może nie tworzę programu, ale wyciągam z konwentów bardzo ważną rzecz. Trzy czy cztery dni w niepowtarzalnym, megaprzyjaznym środowisku złożonym z ludzi, którzy zgromadzili się w jednym miejscu po to, żeby dzielić się swoją pasją i wiedzą, to higiena psychiczna. To okazja do poznania nowych ludzi, wyściskania starych znajomych, posłuchania plotek, dowiedzenia się paru ciekawych rzeczy i odpoczęcia od normalnego życia. Z tegorocznego Pyrkonu wróciłam nieziemsko zmęczona, ale za to cholernie szczęśliwa, a mój bąbelek psychicznego komfortu nie wytrzymał dopiero afery mirrielowej, której skutki będę odczuwać jeszcze bardzo długo. No, a przynajmniej do momentu, kiedy Alchemia nie ruszy pełną parą.
I zamierzam to powtarzać. W tym roku – na Avangardzie i Polconie.

No i – ludzie, których poznałam przez fandom właśnie, zwykle mają do mnie znacznie więcej cierpliwości, niż cała reszta świata. Ciekawe, dlaczego... ^^'

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz