Zanim zacznę pisać o książce
właściwej, jedno ostrzeżenie dla Ciebie, miły czytelniku: to nie
jest recenzja. Z dwóch powodów – po pierwsze, w tekście pojawią
się spoilery do fabuły książki (czego w recenzjach nie robię), a
po drugie, piszę z perspektywy wieloletniego przywiązania do cyklu,
w związku z czym zwracam uwagę na zupełnie inne rzeczy, niż kiedy
czytam pod kątem recenzenckim. Będę też nieformalna i proszę,
wybacz jeśli przegnę z gawędziarstwem. Czuj się ostrzeżony.
O następnej książce o wiedźminie
Geralcie w kuluarach fandomu mówiło się co jakiś czas, czasem w
żartach, rzadziej w normalnych dyskusjach prelekcyjnych. Wydawało
się, że Wiedźmin na dobre przeniósł się na rynek gier i światek
literacki może odetchnąć z ulgą: Sapkowski nie zdominuje już
list bestsellerów skoro nie zamierza kontynuować serii, zaś na
nowe pomysły nie ma co liczyć, bo „Żmija” była skandalicznie
złą książką.
No cóż, jak się okazuje -
niekoniecznie.
Faktem jest, że strategia wydawnictwa:
poinformowanie o planie wydania książki, podanie daty premiery,
opisu i okładki oraz ruszenie z preorderem, wszystko w jednym
czasie, jest trochę niekonwencjonalna. Nie ma tu budowania napięcia,
jak w przypadku co lepszych promocyjnie książek Fabryki Słów. Nie
ma wyczekiwania miesiącami na dzień zaznaczony w kalendarzu. Było
szybko i na temat, po tygodniu od ogłoszenia premiery miałam już
książkę w dłoniach.
Pierwsze wrażenie: o borze szumiący
liściasty, ta okładka jest w rzeczywistości jeszcze okropniejsza,
niż w wersji wirtualnej. Poraża. Cykl wiedźmiński nie ma
szczęścia do okładek, chyba tylko pierwsze wydania miały w miarę
estetyczną oprawę graficzną. Cóż, przynajmniej nie zdecydowali
się na umieszczenie wewnątrz ilustracji do tekstu. Zachowano znany
z poprzednich powieści układ graficzny (włącznie z cytatami na
początku każdego rozdziału), a jeśli mnie pamięć nie myli,
nawet czcionka jest taka sama.
Trochę mnie zaskoczyło, że Sapkowski
zdecydował się na powieść, a nie na tomik opowiadań. Nie
zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie chciałam kolejnego
tomu – cykl wiedźmiński darzę, jak Nimue legendę, iście
małżeńskim przywiązaniem. Znam ją praktycznie na pamięć, a
samemu Sapkowskiemu zawdzięczam wiele późniejszych przygód z
fantastyką, bo właśnie od Wiedźmina rozpoczęło się moje
poważniejsze zainteresowanie gatunkiem. Ale właśnie przez to, że
cykl znajduje się w moim osobistym kanonie, informacja o nowej
książce była przerażająca: wielki come-back do cyklu to coś, co
udaje się bardzo nielicznym pisarzom, a jakże łatwo jest skalać
własne dziedzictwo nieudanym sequelem. Więc liczyłam na zbiorek
opowiadań, coś lekkiego i przyjemnego. Łatwego do napisania i do
przeczytania.
Ech. Bardzo nie lubię mieć racji.
„Sezon burz” to pomysł na długie
opowiadanie, solidne i rozbudowane, ale nie na czterysta stron
tekstu. Za mało fabuły, za dużo słów. Były momenty, w których
naprawdę już nie mogłam się doczekać, aż przerzucę kartkę –
zniknęły zapamiętane z poprzednich pięciu powieści dynamiczne
opisy walk, zrobiły się nudne i rozwleczone. Sapkowski skupia się
na rzeczach trywialnych, snuje pozornie zawiłą opowieść z
wielością wątków, która jednak po rozrysowaniu okazuje się
prosta jak wiedźmiński miecz. Miło, że pojawia się Yennefer,
jednak to tylko rzucenie czytelnikowi ochłapu. Lytta Neyd jest jej
słabszą, nudniejszą kopią, która nie obudziła we mnie żadnych
emocji, nawet w zestawieniu z faktem, że niedługo po wydarzeniach
„Sezonu...” Koral zginie na Wzgórzu Sodden w czasie pierwszej
wojny z Nilfgaardem. Nie dowiadujemy się o niej również zbyt wiele
(co może dodałoby jej bardzo potrzebnej głębi), ale za to
Sapkowski znajduje czas, żeby poinformować czytelnika, że
czarodziejki wykopane z akademii zostają prawniczkami.
Jaskier, swego czasu jeden z moich
ukochanych bohaterów literackich, został narzędziem fabuły. Deus
ex machina, cholera jasna. Trzeba wyciągnąć Geralta z kłopotów i
co? Okazuje się, że człowiekiem na odpowiednio wysokim stanowisku
jest krewny Jaskra. Trzeba znaleźć Geraltowi miecz? Jaskier! Trzeba
znaleźć odpowiedź na palące pytania? Jaskier!!!
A w tym wszystkim zabrakło albo czasu,
albo pomysłu na wykorzystanie okazji i opowiedzenie o Julianie
Alfredzie Pankratzu de Lettenhove nieco więcej.
Czarny charakter to z kolei Vilgefortz
wersja 2.0. To samo zamiłowanie do laboratoriów, ta sama strategia
w kontaktach z Geraltem, tylko nie ten poziom demoniczności (no pun
intended). Sorel Degerlund jest postacią tak sztampową, że nie
warto nawet zapamiętywać jego nazwiska.
Ta książka nie jest katastrofą.
Geralt jest, o dziwo, wciąż tą samą postacią, dialog pozostaje
realistyczny, zaś wydawnictwo ma u mnie sporego plusa za dbałość
z jaką powieść została wydana – wyłapałam może ze dwie
literówki, zaś wszystkie dialogi są zapisane zgodnie z zasadami
języka polskiego. Trochę smutne, że takie oczywistości uznaję za
duże atuty, jednak doświadczenie czytelnicze pokazuje, że coraz
częściej wydawca woli wypuścić książkę szybciej, a z błędami,
niż dać czas na jej dopracowanie. Tym większe oklaski, że
SuperNOWA zadbała o mój czytelniczy komfort.
Czy jestem rozczarowana? Tak, bo można
to było zrobić o wiele lepiej. Brakuje mi rzutu oka na ogólną
sytuację polityczną, w końcu to czasy tuż przed wojną z
Nilfgaardem. Narracja jest bardzo skupiona na jednym punkcie, podczas
gdy pięcioksiąg przyzwyczaił do bardzo szerokiego oglądu
sytuacji. Szwankuje także zakończenie – ostatnie pięćdziesiąt
stron to nagłe przyspieszenie, kompletna zmiana tempa, jakby było
pisane odrębnie od pozostałych rozdziałów. Dziwny jest też
epilog z młodą Nimue, będącą w drodze na Thanedd i wiedźminem,
którzy umarł sto pięć lat wcześniej. Może oznacza następne
tomy, może nie.
Pewnie i tak je przeczytam.