niedziela, 3 listopada 2013

Andrzej Sapkowski, "Sezon burz"

Zanim zacznę pisać o książce właściwej, jedno ostrzeżenie dla Ciebie, miły czytelniku: to nie jest recenzja. Z dwóch powodów – po pierwsze, w tekście pojawią się spoilery do fabuły książki (czego w recenzjach nie robię), a po drugie, piszę z perspektywy wieloletniego przywiązania do cyklu, w związku z czym zwracam uwagę na zupełnie inne rzeczy, niż kiedy czytam pod kątem recenzenckim. Będę też nieformalna i proszę, wybacz jeśli przegnę z gawędziarstwem. Czuj się ostrzeżony.


O następnej książce o wiedźminie Geralcie w kuluarach fandomu mówiło się co jakiś czas, czasem w żartach, rzadziej w normalnych dyskusjach prelekcyjnych. Wydawało się, że Wiedźmin na dobre przeniósł się na rynek gier i światek literacki może odetchnąć z ulgą: Sapkowski nie zdominuje już list bestsellerów skoro nie zamierza kontynuować serii, zaś na nowe pomysły nie ma co liczyć, bo „Żmija” była skandalicznie złą książką.
No cóż, jak się okazuje - niekoniecznie.
Faktem jest, że strategia wydawnictwa: poinformowanie o planie wydania książki, podanie daty premiery, opisu i okładki oraz ruszenie z preorderem, wszystko w jednym czasie, jest trochę niekonwencjonalna. Nie ma tu budowania napięcia, jak w przypadku co lepszych promocyjnie książek Fabryki Słów. Nie ma wyczekiwania miesiącami na dzień zaznaczony w kalendarzu. Było szybko i na temat, po tygodniu od ogłoszenia premiery miałam już książkę w dłoniach.

Pierwsze wrażenie: o borze szumiący liściasty, ta okładka jest w rzeczywistości jeszcze okropniejsza, niż w wersji wirtualnej. Poraża. Cykl wiedźmiński nie ma szczęścia do okładek, chyba tylko pierwsze wydania miały w miarę estetyczną oprawę graficzną. Cóż, przynajmniej nie zdecydowali się na umieszczenie wewnątrz ilustracji do tekstu. Zachowano znany z poprzednich powieści układ graficzny (włącznie z cytatami na początku każdego rozdziału), a jeśli mnie pamięć nie myli, nawet czcionka jest taka sama.
Trochę mnie zaskoczyło, że Sapkowski zdecydował się na powieść, a nie na tomik opowiadań. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie chciałam kolejnego tomu – cykl wiedźmiński darzę, jak Nimue legendę, iście małżeńskim przywiązaniem. Znam ją praktycznie na pamięć, a samemu Sapkowskiemu zawdzięczam wiele późniejszych przygód z fantastyką, bo właśnie od Wiedźmina rozpoczęło się moje poważniejsze zainteresowanie gatunkiem. Ale właśnie przez to, że cykl znajduje się w moim osobistym kanonie, informacja o nowej książce była przerażająca: wielki come-back do cyklu to coś, co udaje się bardzo nielicznym pisarzom, a jakże łatwo jest skalać własne dziedzictwo nieudanym sequelem. Więc liczyłam na zbiorek opowiadań, coś lekkiego i przyjemnego. Łatwego do napisania i do przeczytania.

Ech. Bardzo nie lubię mieć racji.

„Sezon burz” to pomysł na długie opowiadanie, solidne i rozbudowane, ale nie na czterysta stron tekstu. Za mało fabuły, za dużo słów. Były momenty, w których naprawdę już nie mogłam się doczekać, aż przerzucę kartkę – zniknęły zapamiętane z poprzednich pięciu powieści dynamiczne opisy walk, zrobiły się nudne i rozwleczone. Sapkowski skupia się na rzeczach trywialnych, snuje pozornie zawiłą opowieść z wielością wątków, która jednak po rozrysowaniu okazuje się prosta jak wiedźmiński miecz. Miło, że pojawia się Yennefer, jednak to tylko rzucenie czytelnikowi ochłapu. Lytta Neyd jest jej słabszą, nudniejszą kopią, która nie obudziła we mnie żadnych emocji, nawet w zestawieniu z faktem, że niedługo po wydarzeniach „Sezonu...” Koral zginie na Wzgórzu Sodden w czasie pierwszej wojny z Nilfgaardem. Nie dowiadujemy się o niej również zbyt wiele (co może dodałoby jej bardzo potrzebnej głębi), ale za to Sapkowski znajduje czas, żeby poinformować czytelnika, że czarodziejki wykopane z akademii zostają prawniczkami.
Jaskier, swego czasu jeden z moich ukochanych bohaterów literackich, został narzędziem fabuły. Deus ex machina, cholera jasna. Trzeba wyciągnąć Geralta z kłopotów i co? Okazuje się, że człowiekiem na odpowiednio wysokim stanowisku jest krewny Jaskra. Trzeba znaleźć Geraltowi miecz? Jaskier! Trzeba znaleźć odpowiedź na palące pytania? Jaskier!!!
A w tym wszystkim zabrakło albo czasu, albo pomysłu na wykorzystanie okazji i opowiedzenie o Julianie Alfredzie Pankratzu de Lettenhove nieco więcej.
Czarny charakter to z kolei Vilgefortz wersja 2.0. To samo zamiłowanie do laboratoriów, ta sama strategia w kontaktach z Geraltem, tylko nie ten poziom demoniczności (no pun intended). Sorel Degerlund jest postacią tak sztampową, że nie warto nawet zapamiętywać jego nazwiska.

Ta książka nie jest katastrofą. Geralt jest, o dziwo, wciąż tą samą postacią, dialog pozostaje realistyczny, zaś wydawnictwo ma u mnie sporego plusa za dbałość z jaką powieść została wydana – wyłapałam może ze dwie literówki, zaś wszystkie dialogi są zapisane zgodnie z zasadami języka polskiego. Trochę smutne, że takie oczywistości uznaję za duże atuty, jednak doświadczenie czytelnicze pokazuje, że coraz częściej wydawca woli wypuścić książkę szybciej, a z błędami, niż dać czas na jej dopracowanie. Tym większe oklaski, że SuperNOWA zadbała o mój czytelniczy komfort.

Czy jestem rozczarowana? Tak, bo można to było zrobić o wiele lepiej. Brakuje mi rzutu oka na ogólną sytuację polityczną, w końcu to czasy tuż przed wojną z Nilfgaardem. Narracja jest bardzo skupiona na jednym punkcie, podczas gdy pięcioksiąg przyzwyczaił do bardzo szerokiego oglądu sytuacji. Szwankuje także zakończenie – ostatnie pięćdziesiąt stron to nagłe przyspieszenie, kompletna zmiana tempa, jakby było pisane odrębnie od pozostałych rozdziałów. Dziwny jest też epilog z młodą Nimue, będącą w drodze na Thanedd i wiedźminem, którzy umarł sto pięć lat wcześniej. Może oznacza następne tomy, może nie.
Pewnie i tak je przeczytam.